Twoja lokalizacja: Cała Polska [zmień lokalizację]
Kontrast: A A A
Czcionka: A A+ A++
REPORTAŻE

Sławomira Doświadczyńskiego Przypadki, czyli jak sobie radziliśmy w tym roku na wodzie

Dodano: 2016-08-26

Sprawozdanie żony

(wakacyjna relacja z pływania barką na Mazurach)

 

        Krótki czas urlopowy, jedynie tydzień (z życiorysu), ostatni tydzień lipca…

Postanowiliśmy ten czas spędzić na Mazurach. Termin wyjazdu i miejsce zostały uwarunkowane koniecznością odebrania dzieci naszych „z tych pagórków leśnych i łąk zielonych”… tamże. Żeby nie było za bardzo romantycznie.

 

 

Wśród niedorzecznych pomysłów, które realizujemy z uporem podczas kolejnych wakacji, znalazł się i ten, by spróbować życia wodnego w jakiejkolwiek dostępnej formie, najlepiej mocno relaksującej i niewymagającej zbytniego wysiłku (trafiło na leniwą ;-)). Dostępną formą miałaby być barka, czyli wygodna platforma pośrodku bezmiaru wód (spokojnych) z możliwością elementarnego życiowego komfortu (kawka, herbatka, obiadek) plus kapitalny fakt, że  płyniesz wśród niewiarygodnie cudnych cudów (natura). Tak to sobie wymarzyłam. No to teraz zderzenie z rzeczywistością.

Miejscem docelowym była Iława, nieznana nam zupełnie miejscowość, gdzie nasza córka Basia realizowała ambitnie kurs żeglarski. Pośpieszna lektura przewodnika, dokonana już w trakcie podróży przekonała mnie o tym, że żeglarze być może słusznie wybrali Iławę jako port macierzysty dla  wodniaków – debiutantów, albowiem miejscowość ta leży nad – uwaga! – najdłuższym jeziorem w Polsce (ok. 27 km), więc jest się gdzie gubić w szuwarach.

 

 

Oczywiście my, lądowe szczury, zostaliśmy pod wrażeniem urody tego miasta, „zaniedbanego” przez reklamę i wielkoświatową turystykę (i dobrze). Położone nad brzegiem  - tak blisko, jak to tylko możliwe – jeziora Jeziorak, skrywa odległą przeszłość, jeszcze średniowieczną, krzyżacką.

 

 

Ślady dawnej pruskiej obecności odkrywamy na każdym kroku – w zachowanym budownictwie, wzorowym porządku, sposobie myślenia… Ludzie, z którymi rozmawiamy, mówią o szczególnie trudnej przeszłości ich ziemi, dla której ostatnim aktem dramatu było w XX wieku ,,wyzwolenie” przez Armię Czerwoną ich miasta, czyli niewiarygodne sceny przemocy, gwałtu, bezsilności oraz barbarzyńskie niszczenie wszystkiego, co wokół. To dlatego dzisiejsza Iława jest mozaiką architektoniczną z dosyć reprezentatywną liczbą proletariackiej komunistycznej zabudowy.

 

 

Wróćmy do wody, czyli w naszym przypadku – Jezioraka. Charakteryzuje się on tym, że przestrzeń wodna została opanowana przez niewyobrażalną liczbę jednostek pływających. Każdy tam pływa, na czym może, navigare necesse est, jak nie pływasz, nie istniejesz, po co tu w ogóle przyjechałeś. Więc w głowie mieliśmy  taki imperatyw, że coś w tym temacie należy uczynić.

 

 

W jednej z licznych odsłon szalonego entuzjazmu (nie mojego, tylko Sławka) zapisaliśmy się do kolejki na wypożyczenie motorówki. ,,Kto będzie kierował?” – pytał z troską wypożyczający, patrząc na Sławka i na mnie. ,,Ja, oczywiście... A da pan radę przenieść mnie z kimś, jakoś na tę motorówkę?” Dzielni ludzie, obiecali pomoc, choć mieli blady strach w oczach. Rejs motorówką jednak nie doszedł do skutku (kiepska pogoda, deszcz), ale na horyzoncie pojawiła się kolejna atrakcja – barka, zwana w hotelarskim slangu ,,apartboat”. To już nie 120 minutowa przejażdżka motorówką, ale dłuuuugi rejs gdzie oczy poniosą. Bierzesz na pokład jedzenie i wodę, i świat przed tobą, hejże, ho! Hmm…to tyle teorii. Teraz okrutna prawda. Objawiła się ona w tym, że w ogóle nie mogliśmy nawet wejść na pokład, czyli ową przecudną platformę widokową vel taras vel naszą wyspę pływającą, gdyż wejście było za wąskie o dokładnie 1 cm! (między barierkami).

 

 

Cóż to jest 1centymetr wobec wieczności, dla nas jednak okazał się decydujący. Przy tej okazji odbyła się pospieszna narada miedzy mną i Sławomirem, przesycona żalem i pretensją wzajemną o cholera, zapomnienie wzięcia starego wózka, który – pamiętaliśmy to dobrze – był węższy o owe magiczne centymetry! W tym momencie elegancka obsługa hotelowa odetchnęła z ulgą, bo myślała, że zrezygnujemy. Nic z tego! Poprosiliśmy grzecznie o przeniesienie Sławka siłami własnymi (ręcami) na barkę, co zostało podjęte życzliwie i uczynione. Nadal patrzyli na nas jak na dziwaków i kombinowali, kto będzie kierował wypasioną barką (sorki: apartboat).  Myśleli, że ja. Akurat, nie dam się wcisnąć w takie klimaty, bo ogólnie bojąca jestem.

Wobec tego przemiły Pan z obsługi przekazał nam kilka informacji o obsłudze barki, co zajęło dwie chwile, i obaj z moim mężem zgodnie stwierdzili, że to prościzna i bułka z masłem. W praktyce nie potrafiliśmy nawet odbić od pomostu, przy którym była zacumowana nasza barka (jakiś problem z bojami, czy coś??). Wobec tego przemiły Pan, nadal niezrażony naszą kompletną ignorancją (dzięki Ci, Boże, za takich ludzi!), wsiadł na pokład i przeprowadził małe szkolenie z parkowania i manewrowania, czyli jak popłynąć i nie zginąć, nie utopić się i nie wpaść w szuwary.

Wyposażeni w taką wiedzę wykonaliśmy wspólnie kilka manewrów na wodzie, dla mnie przerażających, szybkich jak błyskawica (dwa silniki!) i obarczonych wielkim ryzykiem kolizji. Tak, bo należy tu wspomnieć, że największym przerażeniem napawał mnie fakt blisko, blisko, coraz bliżej podpływających jednostek nawodnych typu jachty, łódki, motorówki, rowerki wodne i inne rozmaitości. Jak na Marszałkowskiej w godzinach szczytu. Na nic zdały się perswazje Sławomira, że pływanie na barce to sport dla flegmatyków (cytat miesiąca) i że na pewno w nic nie walniemy.

 

 

Przy okazji, sama podróż barką (o, przepraszam, apartboatem) okazała się miłą przygodą.

 

 

Salonik główny - przeszklony, wyposażony został w mały aneks kuchenny, żeby sternik miał blisko do pierogów i naleśników prosto z patelni. Kawka, herbatka na środku jeziora (Jezioraka) – jak sobie wymarzyliśmy, zimne piwko z lodówki o zachodzie słońca – proszę bardzo. Szklane - przyciemniane ściany saloniku sprawiają, że możesz widzieć wszystko dookoła (jednocześnie nie będąc widzianym), czyli masz 27 kilometrów krajobrazów oglądanych z poziomu powierzchni wody. Dla nas, szczurów lądowych – bezcenne!

 

 

Obowiązki na barce podzieliliśmy tak, że one były dla Sławka (on i tak jest pracoholikiem, więc był szczęśliwy cały czas przy sterach), a dla mnie zostały same przyjemności. Odkryłam na przykład, ze górny pokład naszej barki jest wygodną platformą do opalania (nigdy tego nie robię), i świetnie się stamtąd robi zdjęcia.

 


Spanie na barce to kolejne wyzwanie. Oczywiście, jak zwykle w takich przypadkach, okazało się, że w praktyce nie wjedziemy wózkiem do żadnego z pomieszczeń (poza salonikiem). Wszędzie za wąskie drzwi.

 

 

Zrezygnowaliśmy więc z sypialni właściwej (,,Po co spać w czterech zamkniętych ścianach, jeśli mamy do dyspozycji przestrzeń otwartą, z widokiem na całe jezioro” – argumentacja Sławka). Wyobraźcie sobie, że leżycie w łóżku na poziomie wody z widokiem prawie 360o na jezioro. Można było zaciągnąć rolety, ale szkoda nam było widoków! Dodatkowo jeszcze noc na barce dostarcza efektów dźwiękowych: chlupotanie wody wokół, jakieś pluski tajemnicze (rekin??), pochrząkiwania w zaroślach (może dziki?) oraz kołysanie (ojejku, a co my zrobimy, jak będzie burza na środku jeziora??!).

 

 

W efekcie z emocji nie za bardzo się wyspałam (potęga wyobraźni), Sławomir za to, i owszem, bardzo smacznie… A propos, smacznie: poranek przywitał nas wizytą łabędzi (,,dajcie, ludzie, coś do żarcia”), oraz śniadaniem hotelowym wypasionym, wliczonym w cenę wynajmu barki.

Kolejny dzień pływania. Jestem już o wiele spokojniejsza, opanowaliśmy nawigację na poziomie wystarczającym. Dodatkowo odkrywamy, że poranek na jeziorze jest bezludny. Hurra!!! Cała przestrzeń dla nas! Oba silniki cała naprzód! Wyrywają do przodu całe 10km/h. Normalnie szał! ;-)

 

 

Owego dnia odbyliśmy również  wizję lokalną u naszej córki. Powiedziała nam później, że takiego wstydu już dawno nie przeżyła. ,,Mamo, jesteś królową obciachu”. A ja przecież tylko, podpływając maksymalnie blisko do jachtów, machałam owacyjnie do wszystkich  (,,Słuchajcie, a gdzie tu pływa Basia???”). Podobno koledzy mówili jej później, że mamusia i tatuś przyjechali do Basi pływającym domkiem.

 

 

Podziękowania dla wszystkich życzliwych, uczynnych, otwartych ludzi w Iławie i okolicach, którzy przychodzili nam z pomocą i w różnorodny sposób wspierali. Dzięki Wam przeżyliśmy fajną przygodę.

 

 

tekst i zdjęcia: Anna Miechowicz

Komentarze
Jeśli chcesz dodać komentarz lub zobaczyć inne komentarze, musisz się zalogować.