Twoja lokalizacja: Cała Polska [zmień lokalizację]
Kontrast: A A A
Czcionka: A A+ A++
REPORTAŻE

Najpierw próbuję sama

Dodano: 2015-12-12

 

Karolina Bieniarz – studentka III roku pedagogiki opiekuńczo-wychowawczej na Uniwersytecie Rzeszowskim, pochodzi z Przeworska, od urodzenia zmaga się z niedowidzeniem.

 

- Kiedy zaczęły się twoje problemy ze wzrokiem?

- Urodziłam się jako wcześniak w siódmym miesiącu życia, w Rzeszowie w szpitalu leżałam w inkubatorze. Po 1,5 miesiąca, gdy wróciłyśmy do domu mama zauważyła, że w lewym oku nienaturalnie rusza mi się gałka oczna, więc po wizycie u lekarza dostałam skierowanie do Warszawy. W domu byłam krótko, szybko załatwiono sprawy chrzcin i miesiąc spędziłam w Warszawie, w Centrum Zdrowia Dziecka. Tam przekazywali mamie same czarne scenariusze. Przechodziłam badania w Klinice Okulistycznej w Katowicach, gdzie jeździłam co roku na cykl dziesięciu dni, dostawałam wtedy kroplówki wzmacniające. Na lewe oko mam tylko poczucie światła, a w prawym efekt niedowidzenia. Te wszystkie trudności spowodowane są retinopatią wcześniaczą (miałam w inkubatorze za dużą dawkę tlenu). Na dzień dzisiejszy jestem pod stałą kontrolą okulistyczną, a co najważniejsze wada stoi w miejscu.

 

- Jak wyglądała twoja edukacja?

- Problemy pojawiły się w zerówce. Brak odpowiedniego przygotowania nauczycielki skutkował tym, że miałam duże trudności w opanowaniu materiału przewidzianego do realizowania, głównie z czytaniem, pisaniem i liczeniem. Jednak moi rodzice na własną rękę podejmowali próby uczenia mnie tych umiejętności, pamiętam jak tato ćwiczył ze mną literki. Dopiero w I klasie szkoły masowej trafiłam na panią, która poświęcała mi czas, dowiadywała się jak pomóc, dokształcała się. Dawała mi większe litery, specjalne zadania do domu. Pamiętam, że podczas mojej początkowej nauki nie było łatwo, czasem dużo łez i nerwów. Moja nauczycielka miała ze mną dwie godziny dodatkowych zajęć, wtedy chyba nie nazywały się one jeszcze rewalidacyjnymi. Gdy zmieniliśmy szkołę, ze względu na jej likwidację, nauczyciele na szczęście przeszli razem z nami do innej. W IV klasie nadal miałam dodatkowe zajęcia z tą samą panią, a w gimnazjum zajęcia dodatkowe ze swoją wychowawczynią. Wujek, którego córka miała kolegę w specjalistycznym ośrodku szkolno-wychowawczym dla uczniów słabowidzących w Krakowie, proponował, żeby wysłać mnie do takiego ośrodka. Mnie ani mamie nie podobał się ten pomysł. Na szczęście Pani Dyrektor liceum do którego poszłam przyjęła mnie z otwartymi ramionami i powiedziała, że swojego dziecka też  nie oddałaby do ośrodka. A ja chciałam spróbować liceum masowego, skoro w podstawówce i gimnazjum sobie radziłam. Byłam w klasie z koleżanką z gimnazjum, moja wychowawczyni też szukała różnych dogodnych rozwiązań: sprzętu, folii powiększających. Zajęcia rewalidacyjne były pod kątem przedmiotów, z którymi miałam problem. Byłam w poradni, by szkoła mogła dostać wytyczne, ponieważ były w szkole osoby na wózku, czy z niedosłuchem, ale nie było wcześniej takiej z moimi problemami. Na przykład więcej czasu przeznaczono na mój angielski i matematykę. Z polskim nie miałam problemu, po początkowych trudnościach, jak już opanowałam czytanie, to czytałam dużo. W liceum na maturze miałam oczywiście na zadania więcej czasu. Już w gimnazjum i liceum planwałam swoją dalszą przyszłość związać z pedagogiką.

 

- Doświadczyłaś nieżyczliwości od kolegów i koleżanek?

- Właśnie od kolegów miałam takie jawne ataki. Od koleżanek raczej nie. W podstawówce i w gimnazjum musiałam stawiać czoło dokuczaniom. Nie jestem osobą, która załamuje się od razu, ruszało mnie to, ale jakoś szybko przechodziło.  Z perspektywy czasu widzę, że po prostu nie wiedzieli jak się zachować wobec moich trudności, pierwszy raz spotkali się z taką osobą. W liceum to się na szczęście skończyło.

 

- Używasz do czytania jakichś przyrządów?

- Na zajęciach raczej nie, a w domu mam malutką lupkę, z której korzystam i z którą się nie rozstaję. Mam też taką specjalną lupę na jedno oko i do niej stoliczek, ale raczej jej nie używam. Ona pełni za to dodatkową funkcję, gdy jestem gdzieś daleko w terenie, to mogę ustawić ostrość i się nią wspomóc, mogę wtedy więcej zobaczyć.

 

- A praca na komputerze?

- Długo się broniłam przed komputerem. Późno zaczęłam korzystać z Internetu. Pod koniec liceum zaczęłam się przekonywać, a na studiach poszłam na kurs. W ramach zajęć WF-u na uczelni mam specjalne zajęcia, na które kiedyś przyszli przedstawiciele z FAR (Fundacja Aktywnej Rehabilitacji) proponując nam kursy.  Mam stopień znaczny niepełnosprawności, więc z automatu zostałam objęta przez FAR pomocą. W ramach projektu Aktywny Samorząd było spotkanie z doradcą zawodowym. I mogłam też wybrać kursy. Wybrałam 30 godzin indywidualnego kursu komputerowego i dzięki niemu pod koniec I roku studiów moje obawy znacznie się zmniejszyły. Teraz większość prac piszę na komputerze. Nakładka czytająca na ekran mnie raczej denerwuje. Od roku mam komputer dofinansowany z PFRON-u i mam program Zumtekst, wyłączam mowę i korzystam tylko z powiększania tekstu. Dzięki powiększeniu szybciej czytam. Z pisaniem idzie mi wolniej, bo jestem leworęczna i prawej ręki używam na klawiaturze „od święta”.

 

- Korzystasz z pomocy uniwersyteckiego Biura do Spraw Osób Niepełnosprawnych?

- Gdy wysłałam dokumenty na rekrutację do Rzeszowa dowiedziałam się o Biurze. Przez telefon otrzymałam informacje, jaką mogę otrzymać pomoc. Podniosło mnie bardzo na duchu, że na uczelni jest więcej osób z różnymi niepełnosprawnościami. Do Krakowa na studia się nie wybrałam, bo nie byłam jeszcze na tyle samodzielna, by pójść do tak dużego miasta i być daleko od domu. Zaraz po dostaniu się na uczelnię otrzymałam informacje o możliwości pomocy asystenta i o dodatkowym sprzęcie. Czasem pożyczam sprzęt do nagrywania niektórych wykładów (ale staram się być samodzielna i robię to rzadko). Nad asystentem się zastanawiałam, ale sprawdziłam, że daję radę bez jego pomocy. Gdybym było inaczej, pewnie poprosiłabym o asystenta, a że mam dobre nawyki ze szkoły, to radzę sobie. Jedna z wykładowczyń bardzo chciała, żebym poprosiła o asystenta, ale rozmowy z nią pokazały, że nie jest to dla mnie konieczne. Oprócz asystenta, sprzętu, wielu kursów, Biuro organizuje też obozy. Ponieważ wcześniej byłam już na obozie z FAR-em i miałam doświadczenia, więc chętnie wyjechałam też na obóz z Biurem. Byłam na obozie adaptacyjnym, na obozie konnym z hipoterapią oraz na obozie językowym nad morzem. Na obóz zimowy na Słowacji nie udało się wyjechać, bo zatrzymały mnie praktyki. Piękna jest integracja takiej paczki poobozowej, nie ma wyróżniania, ty jesteś lepszy, ty gorszy, bo masz większe trudności.

 

- Mieszkasz w akademiku, jak sobie radzisz w życiu codziennym?

- Zanim podjęłam decyzję o akademiku, testowałyśmy z mamą, jak sobie poradzę. W liceum mieszkałam z babcią, do domu rodzinnego jeździłam na weekendy, wiadomo, że babcia też mi pomagała, ale musiałam już być bardziej samodzielna. Dużą trudność miałam z myciem i uczesaniem głowy, ale gdy udało się po swojemu, to stwierdziłam, że dam radę. Mama martwiła się najbardziej moją orientacją w terenie, czy trafię, czy będę się umiała poruszać w większym mieście. Moim pierwszym testem był na przykład samodzielny wyjazd do Rzeszowa po odbiór decyzji w sprawie stypendium i akademika. Orientację w terenie mam dosyć dobrą, ale wtedy, gdy ktoś mnie pierwszy raz przeprowadzi i poinstruuje. Dlatego przećwiczyłam najpierw z mamą, a potem pojechałam sama. Udało się. Wysiadłam pod pomnikiem i stwierdziłam:  - Jakie to wszystko duże. Mama była spokojniejsza od tego momentu. Dostałam dużo instrukcji i w rodzinie wciąż mi powtarzali, że na pewno ktoś mi zawsze pomoże. W akademiku mieszkam z tą samą współlokatorką od trzech lat, ona dużo mi pomaga, jest starsza ode mnie. Przez pierwszy rok miałam luz, wyręczała mnie w sprzątaniu. Akademik to jednak szkoła życia, mamy dyżury w sprzątaniu. Teraz robię to sama, choć zdaję sobie sprawę, że nie jest t perfekcyjne sprzątanie, bo pewnych rzeczy nie jestem w stanie zobaczyć na podłodze, ale trening i systematyczność w sprzątaniu robią swoje. Mam jeszcze problem z obsługą kuchenki, a raczej ze sprawdzaniem, czy potrawa już jest dobra. No i do pełni samodzielności brakuje mi jeszcze obsługiwania własnych finansów. Nie mam karty bankomatowej, bo PIN długo się wpisuje i boję się, że nie miałabym kontroli, co dzieje się za mną. Gdy moje oko skupia się na guziczkach, to nie na tym co się dzieje wokół. Wolę jak moja mama pilnuje takich rzeczy, ale myślę, że z czasem i z tym sobie poradzę. Jeśli chodzi o proces samodzielności to myślę, że człowiek musi być w pełni gotowy by otworzyć się na zdobywanie nowych umiejętności, widocznie u mnie ten etap jeszcze nie nastąpił. Wiem, że i tak dużo już potrafię zrobić sama, jestem z tego dumna,   wsparcie mojej mamy i to, że cieszy się z każdej mojej nowo nabytej umiejętności motywuje mnie do dalszego działania.

 

- Nie masz problemów z proszeniem o pomoc?

- Nie mam problemu, ale to prawda, że zawsze najpierw próbuję sama. Dopiero, gdy się nie uda, proszę. Nie lubię też mieć ułatwiane. Robię to, co wszyscy, większość wykładowców wie o moich trudnościach, ale ja nie lubię żadnej taryfy ulgowej. Gdy są prezentacje, to wykładowcy najczęściej je omawiają, więc mogę zrobić notatkę. Niektórzy z własnej inicjatywy przynoszą mi materiały, drukują  slajdy, sami chcą ułatwić właśnie od  strony organizacyjnej (bo oczywiście materiał obowiązuje mnie ten sam co wszystkich). Bo odczytanie slajdów jest trudne, gdy moja głowa chodzi w prawo i w lewo, w celu przeczytania np. wyświetlanego tekstu na slajdach,  niezależni od rozmiaru czcionki, mam trudności z odczytaniem. Nie mam natomiast problemu z notowaniem wykładów mówionych. Właściwie to najwięcej pomocy potrzebuję chyba tylko z informatyki.

 

- Jakie wyzwania teraz przed tobą?

- Przede wszystkim praca licencjacka. Temat klarował się od czasu, gdy byłam na konferencji dotyczącej autyzmu. Zawsze lubiłam tematykę niepełnosprawności. Będę pisała o formach pomocy rodzinie z dzieckiem z autyzmem. Myślę o studiach magisterskich,  również z pedagogiki opiekuńczo- wychowawczej, potem o podyplomowych. Chciałabym wejść bardziej w pedagogikę specjalną, a ściślej w tyflopedagogikę.

 

- Gdzie chciałabyś pracować po studiach, masz jakieś preferencje?

- Podoba mi się praca z małą grupą lub indywidualna. Byłam na praktyce w Pogotowiu Opiekuńczym i tam pracuje się z mniejszą grupą. Ja dostałam pod opiekę ucznia autystycznego do pracy indywidualnej. Spędziłam z nim kiedyś osiem godzin bez przerwy i myślę, że złapaliśmy dobry kontakt, co mnie bardzo podbudowało. Doświadczyłam też  jego napadów agresji i zobaczyłam jak wychowawczyni radziła sobie z tym problemem. Widzę się w zajęciach specjalistycznych, terapeutycznych. W Krakowie  jest  wspomniany już wcześniej ośrodek, do którego sama nie chciałam trafić, ale byłam w nim jako dziecko, zobaczyć jak tam jest. Mogłabym w takim ośrodku pracować i służyć dzieciom niewidomym i niedowidzącym swoim przykładem. Uważam, że mając równocześnie wiedzę z pedagogiki opiekuńczo – wychowawczej, jak i z tyflopedagogiki, będę mogła podjąć więcej działań w celu pomocy takim osobom jak ja.

 

- Jakie są twoje marzenia?

- Na razie dotyczą w większości kariery zawodowej, na tym się skupiam. Chodzi mi po głowie taka możliwość związana z pozostaniem na uczelni.  Jednak moim marzeniem, w sensie naukowym, po skończeniu studiów magisterskich, jest właśnie pedagogika specjalna. Rodzinę też chciałabym założyć, ale to nie jest na pierwszym miejscu.

 

- Bardzo dziękuję za rozmowę.
ifk

Komentarze
Jeśli chcesz dodać komentarz lub zobaczyć inne komentarze, musisz się zalogować.