Twoja lokalizacja: Cała Polska [zmień lokalizację]
Kontrast: A A A
Czcionka: A A+ A++
REPORTAŻE

Dzieci, podróże i fotografie

Dodano: 2016-02-12

 

Piotr Pyrcz – z pochodzenia Dynowianin (z Bartkówki), mieszka w Rzeszowie. Pedagog specjalny, oligofrenopedagog,  podróżnik, przewodnik PTTK.

 

            Piotr pracuje z dziećmi niepełnosprawnymi intelektualnie, z tymi upośledzonymi najgłębiej, często leżącymi, z ograniczonym kontaktem. Podjął się wyzwania jednego z najtrudniejszych, najbardziej wymagających. Do swoich podopiecznych codziennie dojeżdża z Rzeszowa kilkadziesiąt kilometrów. To praca, którą rzadko wynagradzają słowa, objęcia, uśmiechy, czy znaczące spojrzenia w oczy. Wynagradza ją coś nieuchwytnego, co istnieje daleko głębiej niż powierzchowne gesty, do jakich jesteśmy rutynowo przyzwyczajeni. Komunikacja z głęboko upośledzonym jest jak rozmowa z duchem, słychać go tylko mentalnie na poziomie wymiany myśli, subtelnych sygnałów, jakie dostrzec może jedynie wyczulony słuchacz. Jednocześnie niepełnosprawny uczeń jest odbiorcą doskonałym, dużo szybciej wyczuwa nastroje opiekuna, jego zniecierpliwienie, czy złe samopoczucie. I choć nie potrafi dać temu wyrazu, dostraja swoje funkcjonowanie do nastawienia nauczyciela.

Piotr to wszystko potrafi, a dowodem na to jest przygoda jaką przeżył w Kirgistanie:

Na plaży właśnie do niego podszedł i właśnie obok niego usiadł chłopiec, który nic nie mówił. Ale najwyraźniej czuł, że w Piotrze zgromadzone są lata doświadczeń z dziećmi, które też nie mówią, jednak Piotr je rozumie, pozawerbalnie, dotykowo. Okazało się, że chłopczyk, który obdarzył Piotra zaufaniem nie rozwija się tak, jak jego rówieśnicy, nie mówi i najprawdopodobniej jest niepełnosprawny intelektualnie.

-  Leżałem na kocu, z twarzą ukrytą, prawie już przysypiałem, ale z naszego grona wybrał właśnie moje legowisko – opowiada Piotr  –  wracał na mój koc, mówił do mnie oczami i tak sobie rozmawialiśmy.

Jak na drugim końcu świata rozpoznali się i wyczuli mimo odrębności kulturowej i językowej? Dla przeciętnego zjadacza chleba to zagadka, ale dla osób funkcjonujących ponad przekazem werbalnym sytuacja jest zupełnie jasna. Emanowali tą samą wibracją.

Piotr z Selimem z Kirgistanu

 

            W zeszłym roku rozporządzenie ministerialne usankcjonowało prawnie zmianę nazewnictwa upośledzenia umysłowego na niepełnosprawność intelektualną. Niektórzy dziwią się jeszcze dlaczego, choć tych samych nie zdumiewa już fakt, że nie nazywamy już upośledzeń: debilizmem, kretynizmem i idiotyzmem, a przecież kiedyś były to oficjalnie obowiązujące terminologie. Rozporządzenie dokonało też zmian w funkcjonowaniu placówek, w których uczą się dzieci niepełnosprawne intelektualnie. Od tej pory być może będzie pracować z nimi więcej specjalistów, a dyrektorzy będą zwracali uwagę na rodzaj zajęć, jaki powinni tym dzieciom zapewnić. Pozostaje mieć nadzieję, że nie będzie to tylko zapis papierowy.

- W szkole, w której uczę – mówi Piotr Pyrcz  –  pedagoga specjalnego zatrudnia się w pełnym wymiarze. Wszystkie moje zajęcia to nauczanie indywidualne, które odbywa się w domu uczniów. Moja praca to szeroko pojęta aktywizacja, uczniowie mają teraz po 25, 26 lat i są to ostatnie lata ich zajęć. Przepis mówi, że nauczaniem obejmuje się osoby do 25 roku życia, a do 26-ego, gdy w roku szkolnym zaczynają zajęcia jako 25-latkowie .

Piotr jest silnym, wysportowanym mężczyzną, co znacznie ułatwia pracę, ponieważ może swoich podopiecznych wziąć na ręce, przenieść, umożliwić widzenie świata z innej perspektywy niż tylko leżąca. O swoim najbardziej wymagającym uczniu Piotr opowiada:

- Z Kasią pracowałem tylko rok. Potrafiła przez całe zajęcia napinać się i płakać, ale babcia Kasi śmiała się, że jestem jakimś dobrym środkiem na nią, bo Kasia zasypiała mi często na rękach. Była malutka, miała kilkanaście lat, ale przestała rosnąć.

Piotr posiada także doświadczenie w pracy z młodzieżą i dziećmi niedostosowanymi społecznie, z którymi pracował w Świetlicy socjoterapeutycznej i w  Domu dziecka.

            Dlaczego Piotr spotkał wspomnianego już, niemówiącego chłopca, tak daleko od swojej Ojczyzny? Ponieważ Piotr to podróżnik. I wcale nie taki zwyczajny, który odwiedza miejsca bezpieczne i wygodne. Piotr podróżuje tam, gdzie często śpi w jurcie i jeździ wynajętym samochodem z przewodnikiem szaleńcem, jak było w Kirgistanie.

- Nurik pytał mnie co chwilę: Piotr, gdzie droga? Którędy jechać? Wcześniej przekonywał, że wie jak dojechać, choć potem okazało się, że w wielu miejscach był z nami pierwszy raz.

Ostatnia podróż Piotra to miesiąc w Kirgistanie, Tadżykistanie, Uzbekistanie i na powrót  Kirgistan (ok.5600 km). W jurcie grywał w chińczyka z Tadżykiem, Izraelczykiem i Nowozelandką.

            Wśród zwiedzonych krajów Piotr wymienia: Indie, Nepal, Rosję, Izrael, Jordanię, Egipt, Turcję, Islandię. Jeśli chodzi o Europę to łatwiej zapytać go, gdzie jeszcze nie był i będą to: kraje Beneluksu, Hiszpania, Portugalia i Wielka Brytania, pozostałe kraje już odwiedził. Na pytanie gdzie chciałby wrócić, odpowiada, że wszędzie.

Nie sposób nie wspomnieć o lekkim piórze Piotra, którym czaruje, kreśląc opowieści ze swoich podróży. O Nepalu w jednej z relacji Piotr pisze tak:

     Zmierzając ku Nepalowi, moje głośne „k-wa” zabrzmiało pośród hindi, nepali i innych azjatyckich języków. Zostawiłem aparat!. Mimo nóg z waty, cały mokry, z sercem bliskim zawału pomknąłem do miejsca odprawy. Po 45 minutach sakwa spokojnie leżała tam gdzie ją położyłem.

Jak cudownie! Do góry na grzbiet. Na dół, do rzeki po stromym brzegu. Na prawy bok, na lewy bok. W odchody. Do góry po trąbie, trzymając się uszu. Prysznic z trąby słonia. Do tego czasu myślałem, że to tylko w bajkach się zdarza. Kąpiąc się ze słoniem w rzece ubawiłem się jak dziecko. Słoń indyjski, cudowne stworzenie w dotyku, towarzyszył nam podczas zwiedzania najstarszego Parku Narodowego w Nepalu - Chitwan. Oprócz wodnej atrakcji, słonie użytkowane są min. w transporcie, jako przewoźnicy ludzi podczas safari a także strażników parku. Zapach słonia „zabija” ludzki, dzięki temu można z bliska ujrzeć dzikie zwierzęta. (…)

      Zwiedzaliśmy piękne starówki, zabytki, świątynie buddyjskie i hinduistyczne, oglądaliśmy stosy całopalne. Kultury Nepalu przenikają się, współbytują. To temat na wiele artykułów. To co nas, mnie zachwyciło, uwiodło to góry, Himalaje. Niebo cały czas było zachmurzone. Nic nie było widać. A były tak blisko. To nie chmury się rozstąpiły. To my przedarliśmy się przez nie. Wznosząc się nad najwyższymi górami Świata towarzyszyła nam euforia: Manaslu ( 8 1 5 6 ) , S h i s h a Pangma (8013), Cho Oyu (8153), L h o t s e ( 8 5 1 1 ), Makalu (8481), i wreszcie Mont Everest (8848). A my nad nimi, obok.

Kolejny, przedostatni dzień, spędziliśmy na peryferiach, wśród zielonych pól, plantacji konopi indyjskich i urokliwych wioseczek z sympatycznymi mieszkańcami. Podróz zakończyliśmy na dachu, tym razem, autobusu. Istnieje taka możliwość podróżowania. Nie było wygodnie ale ciekawośc i chęć takiej podróży zwyciężyły. Jeszcze tylko wieczorna degustacja potraw, trunków.

Kolejne momo, każde smakują inaczej, kolejne thukpy, chowmeni. Nepal pożegnał nas deszczem. W końcu to pora deszczowa.

 

            Bajkalskie spotkanie z szamanem to kolejna magiczna opowieść Piotra:

- Spływałem Bajkałem z północy na południe kutrem rybackim. Wiatry nad Bajkałem topią wszystko, na kutrze było nas o dziewięć osób za dużo, brakowało kajut, więc spaliśmy w namiotach przy brzegu. Raz nocą zostałem sam na pokładzie. Pokład zalewało, siedziałem i zastanawiałem się, czego mi najbardziej będzie szkoda jeśli pójdę na dno. Byłem w grocie szamana nad Bajkałem i  zostawiłem tam pieniążek - dar dla duchów, a chwilę później zostałem nagrodzony: zrobiłem zdjęcie foki bajkalskiej, bardzo płochliwego stworzenia.

 

              Przenosząc się z opowieściami do Afryki trzeba od razu zaznaczyć, że Piotr ma dwóch czarnoskórych braci. Łączy ich oczywiście nie braterstwo krwi, ale duszy. Specjalnie dla swojej przybranej afrykańskiej rodziny zaczął się uczyć francuskiego, by łatwiej było im się porozumieć.

- Na jednej z wycieczek, będąc w Jordanii, jechałem windą w Ammanie z koleżanką, która powiedziała, że ma marzenie pojechać jako misjonarka świecka do Afryki. Powiedziałem jej wtedy:  Będziesz w Afryce to cię odwiedzę. Dotrzymałem słowa i zrobiłem to, poleciałem do Togo, gdy Gosia  już tam pracowała w  Stowarzyszeniu Misji Afrykańskich. To właśnie Gosia pierwsza poznała mojego „brata bliźniaka”. Cyryl był moim przewodnikiem, z którym się zaprzyjaźniłem i dostałem od niego afrykańskie imię: Kodjo - po ojcu Cyryla. Byłem tam na wakacjach i tak mi się spodobało, że po pół roku znów tam wróciłem. Cyryl z Togo ma trzech synów, wspólnie podróżowaliśmy, zwiedzając Rezerwat Sarakawa.  Stereotypowo zakładamy, że każdy Afrykańczyk widział dzikie zwierzęta, ale to dzięki mnie Cyryl zobaczył pierwszy raz w życiu  takie stworzenia jak:  lew, słoń, czy hipopotam.

Z Cyrylem, bratem bliźniakiem z Togo i jego najmłodszą pociechą

 

Ma też Piotr ekstremalne przeżycia, dwa lata temu, będąc w Afryce zachorował na malarię:

- Straciłem nagle apetyt (nawet na piwo), pojawiła się gorączka, po zbadaniu krwi okazało się, że mam malarię. Ostatnie dni przeleżałem osłabiony w łóżku, nie miałem siły chodzić. Zażywałem przepisane mi  tabletki, a końcówką choroby, po oględzinach lekarza wróciłem do Polski, gdyż dostałem informację, że tato umiera. Niestety zmarł, gdy wylatywałem z Afryki.

W Togo ma też Piotr przyjaciółkę pielęgniarkę, u której  zawsze czeka na niego  pokój. Dla niej Piotr pakuje do walizki książki, ile się tylko zmieści w bagażu.

-  Zawsze mnie prosi, żeby jej trochę chłodu przywieźć z Polski.

Do afrykańskiej walizki Piotr upycha: przybory szkolne, jakieś błyskotki, czyli srebro, strój piłkarski (który już raz Cyrylowi ukradli). Zawsze słodycze, piłkę (która szybko się zużywa). Po rozdaniu prezentów walizki nie ma już po co zabierać z powrotem do Polski.

 

              Drugi afrykański brat  Piotra to Krzysztof z Burkina Faso. Jest nauczycielem języka angielskiego, mieszka i pracuje w stolicy: Ouagagougu. Piotr opowiada, że w afrykańskim kinie reakcje widzów są zgoła inne niż u nas, ponieważ na porządku dziennym są głośne komentarze, wygłaszane najczęściej na stojąco. Innym niespotykanym u nas zwyczajem - jest trzymanie się za ręce podczas spacerów po ulicach, co najciekawsze dotyczy to również zaprzyjaźnionych ze sobą mężczyzn. O kontakcie z bratem Piotr mówi:

- Do Burkina Faso sms-y nie dochodzą, więc jedyną drogą naszej komunikacji jest FB, jeśli pojawi się u nich Internet. Z bliźniakiem Cyrylem też   rozmawiam przez Internet, a także smsa-mi. Zadzwonił do mnie gdy byłem w szpitalu.

Z rodzicami "bliźniaka" Krzysztofa w Burkina Faso 

 

            Najbliższe plany Piotra to Białoruś, prawdopodobnie „śladami Mickiewicza”,  góry Słowenii - Alpy Kamnicko-Sawińskie, a potem Afryka, bilet już kupiony.

- Moja mama życzyła mi podczas wieczerzy wigilijnej, żebym przestał jeździć do Afryki, bo się ciągle martwi o mnie i denerwuje. A jak słyszy , że ktoś zginął w górach, to zastanawia się zawsze, czy to nie ja. Tato z pozoru nie akceptował moich podróży, ale kiedyś podsłuchałem jak z dumą chwalił się kolegom, gdzie jego Piotrek nie był i czego to nie widział.

            Bracia bliźniacy  to nie koniec szerokiej rodziny Piotra, bo w rozmowach przewija się: ojciec turystyczny, mama turystyczna, a dzieci turystycznych rodziców mówią do niego ”bracie”. Skoro wspominamy o turystycznych rodzicach, to nie możemy pominąć faktu, że wśród zajęć Piotra znajduje się również pełnienie obowiązków przewodnika PTTK. Jako przewodnik oprowadzi was po: Bieszczadach, Beskidach, słoweńskich Alpach Julijskich i Karawankach w Słowenii. Był sekretarzem klubu turystyki górskiej w PTTK-u,  swoje fotografie dwukrotnie wystawiał w rzeszowskim PTTK (grudzień 2003, styczeń 2007), na pierwszej „Barwy Zakarpacia” były zdjęcia z dwóch wypraw w góry Ukrainy. Druga: „Z wiatrem po górach” - pokazywała góry Europy.

Nawiązując do swojej wystawy „Z wiatrem po górach” Piotr napisał tak:

       Odkąd pierwszy raz pojechałem w góry, trudno mi jest oprzeć się ich urokowi. Nie zważając na trudności, biorę bagaż, aparat i wyruszam ku szczytom. Wędruję nie tylko po górach, lecz one szczególnie mną zawładnęły. Z wiatrem po górach to wycinek moich kilku wycieczek po górach Europy. Wiatr jest zawsze towarzyszem moich wypraw, a dokładniej jednym z towarzyszy. Przyjaciel wiatr wędruje zawsze ze mną i moimi Przyjaciółmi, którym dedykuję tę wystawę.  

Dolomity z wystawy: „Z wiatrem po górach”

 

              W 2009r. w  Centrum Kultury i Promocji Jarosławia wystawiano fotografie Piotra Pyrcza pt. „Barwy Kresów”. Zebrane fotografie dotyczyły kilkunastu podróży ich autora m.in. po Bieszczadach Ukraińskich, Gorganach, Czarnohorze, a także Kamieńcu Podolskim, Lwowie, Żółkwi, Krechowie, Zadwórzu.

Piotr miał jeszcze kilka innych wystaw, jego zdjęcia były też drukowane  w czasopismach i różnych publikacjach. Dumny jest, że zostały zdjęciami miesiąca, w jego ulubionym miesięczniku „Poznaj świat”.

             Jeszcze jedna górska impresja autorstwa Piotra (zaczerpnięta z „Dynowinki”- Miesięcznika Stowarzyszenia Promocji i Rozwoju Regionu Dynowskiego – Towarzystwo Przyjaciół Dynowa, którego jest współredaktorem). Kończę nią opowieść o człowieku wielu pasji i talentów. Czekając na książkę, która jest w planach, życzę mu cudownych wychowanków i wspaniałych podróży.

      Oczekiwanie na siebie, spotkania. Oczekiwanie na – dalej, przy fusiastej w niesmacznym plastiku. Ale ważne, że zaistniała myśl przerodziła się w bilety, autobusy i wyżej, ku górom. I tylko dwie godziny, i tylko z plecakiem na kolanach. Wreszcie jesteśmy tu, gdzie skończył się sezon. Psy swoją aktywność wyszczekały, a my ją musimy podjąć. Przed nami droga przez las, a wokół noc. Nasze słowa dziwnie brzmią, oczy lecą ku gwiazdom, a uszy wyłapują szmery w lesie. Nasze słowa dziwnie brzmią, oczy lecą ku gwiazdom, a uszy wyłapują szmery w lesie. Przestraszeni przez straż graniczną, nagłe spotkanie z wilczurami (a my czekaliśmy na wilki), po miłej wymianie słów idziemy dalej niepewni czy aby schronisko czynne, czy są miejsca.

       Kochane światło! Kochana przytulność i kilka przyjaznych dusz, tych, co wędrują po sezonie. Taki wieczór to skarb.

     ...Ranek... W górach spokojnie. Oczekujemy na trzeci element naszej inicjatywy. Wspólna kawa w kolorowych kubkach i kilkugodzinne dreptanie ku trzem granicom. Naszym rozmowom, zachwytom towarzyszył lodowaty wiatr, a buki nachylały się ku nam, nie wierząc, że teraz po górach się jeszcze chodzi. Przecież to już koniec listopada. A w schronisku, po sezonie, kominek i smaczne naleśniki z jagodami. Żarty, rozmowy, wspomnienia, czy trzeba coś więcej w tej oprawie? Noc przerywa nam ranek. Dopiero co przyszliśmy, a już wychodzimy. Cóż, to szczegół, że jak nie zdążymy na pierwszy autobus, to drugi (ostatni) pojedzie dla nas za późno. Niestety, zaczynają się w naszym wędrowaniu pojawiać te słowa: Już czas! Szybciej! I wysiłek, ale opłacalny, gdyż wybieramy drogę powrotu trudniejszą, przez szczyty. To nic, że ciężko, że zimno, że metr dalej nic nie widać. Ważne to, co widoczne przy bucie - a tak często niezauważalne. Ciekawie oblodzony kamień, oszroniona roślinka. Jeszcze tylko pyszny smażony oscypek z sosem czosnkowym, pożegnalny wzrok ku szczytom tak słabo widocznym i powrót do domu.

 „W poszukiwaniu szczegółów”, Miesięcznik Dynowinka Nr 12/102 grudzień 2003

 

Zdjęcia Piotra Pyrcza prezentowane na wystawie: „Z wiatrem po górach” (góry Słowenii i Dolomity):

 

 

Afrykańczycy w obiektywie Piotra Pyrcza:

 

Komentarze
Jeśli chcesz dodać komentarz lub zobaczyć inne komentarze, musisz się zalogować.