Twoja lokalizacja: Cała Polska [zmień lokalizację]
Kontrast: A A A
Czcionka: A A+ A++
REPORTAŻE

Cztery rzepy na nogach, pas z baterią i ogień!

Dodano: 2017-05-30

Rafał Wilk - mistrz paraolimpijski z Londynu i z Rio w handbike'u. Były żużlowiec, po wypadku w 2006 roku stracił władzę w nogach, po jedenastu latach zrobił pierwsze kroki z pomocą egzoszkieletu.

 

- Sport we krwi miałeś od zawsze, a rower, był Ci chyba przeznaczony, ponieważ sukcesy na nim odnosiłeś jeszcze przed karierą żużlowca.

- Rower był moją pasją, zaraziłem się nią dzięki bratu. W 1998 roku wybrałem się z nim i przyjaciółmi rowerami do Krosna na wizytę papieża Jana Pawła II. Oni dużo jeździli na rowerach, więc pokonanie stu czterdziestu kilometrów nie było dla nikogo problemem. Ja podjąłem wyzwanie, nie jeżdżąc wtedy na rowerze wcale. W dodatku pojechałem na damskim rowerze, bo tylko taki miałem wtedy do dyspozycji. Wracając do Rzeszowa miałem go już na tyle dosyć, że gdy na drodze pojawiał się podjazd, wolałem podbiec. Widząc to, brat mi pomagał i popychał na trudnych odcinkach pod górę. Właśnie wtedy pomyślałem - nie może tak być! Kupiłem po powrocie rower, zawziąłem się i zacząłem na nim dużo jeździć. Trenowałem systematycznie, przejeżdżałem coraz więcej  kilometrów... aż te starania zaowocowały mistrzostwem Polski w kolarstwie górskim amatorów.

Właściwie to kolarstwu poświęcałem wtedy dużo więcej czasu niż żużlowi, ponieważ treningi na żużlu miałem dwa razy w tygodniu, a pozostałe pięć dni w tygodniu jeździłem na rowerze. Żużel był oczywiście moją wiodącą dyscypliną, ale rower pozwalał mi utrzymywać formę. Na treningi i zawody do Krosna ekipa z motocyklami jechała samochodem, a ja siadałem na rower. Po zawodach też rowerem wracałem do Rzeszowa.

Rower był mi na tyle mi bliski, że po wypadku też spróbowałem swoich sił na rowerze z napędem ręcznym. Co prawda pierwsze po wypadku były narty, ale właśnie na rowerze zdarty do krwi bok, dał mi pewność, że handbike będzie moją pasją.

 

- Podczas ceremonii otwarcia Igrzysk w Rio, byłeś chorążym Polski, propozycja była miłą niespodzianką czy serią obaw związanych z klątwą chorążego?

- Ogromne wyróżnienie dla mnie, ale rzeczywiście zaraz po telefonie od prezesa zaświeciła mi się lampka, że chorąży jest przecież obarczony klątwą i nie zdobywa medali. Musiałem więc przemyśleć propozycję, nie odpowiedziałem od razu. Przespałem się z obawami i na drugi dzień oddzwoniłem, decydując, że podejmuję tę rękawicę, by przekonać się czy faktycznie klątwa działa. Wróciłem z dwoma medalami, więc mit został obalony! Bycie chorążym to piękne przeżycie, ponieważ ze stu sportowców, którzy byli w Rio właśnie mnie przypadła ta wspaniała rola, jaką jest prowadzenie naszej reprezentacji. Byłem z tego ogromnie dumny i cieszę się, że w Rio poprawiliśmy wynik medalowy z Londynu. Przypomnę, że wywalczyliśmy 39 medali i uplasowali się na 10 miejscu w klasyfikacji medalowej.

 

 

- Klątwę chorążego w Rio udało się pokonać również Twojemu rywalowi z pierwszego maratonu w jakim odniosłeś sukces  w ściganiu się na handbike'ch. Przypomnijmy - było to wówczas drugie miejsce w słynnym nowojorskim maratonie. Byłeś wtedy drugi zaraz za Włochem Alessandro Zanardim - sportowcem z bardzo podobną do Twojej historią,  byłym kierowcą Formuły 1, którego karierę również przerwał tragiczny wypadek na torze. Na igrzyskach startujecie w oddzielnych kategoriach (obydwaj zdobywając złoto) czy po tamtym nowojorskim maratonie miałeś możliwość ponownie się z nim ścigać?

- Generalnie razem na starcie już nie stawaliśmy, bo na zawodach on jest w grupie wyżej, ale oczywiście ścigamy się "korespondencyjnie", ponieważ porównujemy czasy. Oczywiście dużo zależy od trasy, ponieważ Zanardi ma całkiem inną pozycję na rowerze, ale jeżeli trasa była bardziej płaska bez wielkich gór, to moje czasy były dużo lepsze. W Rio też miałem lepszy czas. W czasówce Zanardi, tak jaki i ja, zdobył złoty medal, ale byłem praktycznie o minutę szybszy od niego.

 

- Startujesz nadal w maratonach?

- Próbuję swoich sił również w maratonach, ale w Nowym Jorku powtórnie nie wystartowałem,  ponieważ mają tam dziwne zasady - jeśli ktoś za szybko jeździ to niechętnie go widzą, a limitem dla zawodników jest godzina dwadzieścia pięć. My mamy maratony poniżej godziny. Chyba dziwne myślenie jest w Nowym Jorku, bo skoro to jeden z największych maratonów, powinno się ściągnąć najlepszych, a tam wygląda to raczej odwrotnie. Startuję regularnie w naszych polskich maratonach m.in. w Krakowie i we Wrocławiu.

 

- Opowiedz nam historię swojego pierwszego handbik'a.

- Pierwszego handbik'a pomogła mi kupić dzięki finansowemu wsparciu firma Spar. Przyjechał do mnie dokładnie na Dzień Dziecka, miałem już oczywiście trochę lat, ale generalnie każdy prezent cieszy, a najbardziej taki, na który kilka miesięcy trzeba czekać. Tak się złożyło, że miałem właśnie wtedy operację kręgosłupa. Po trzech dniach wyszedłem ze szpitala i mimo że plecy były całe w szwach, miałem taki głód wypróbowania go, że z moim przyjacielem Januszem złożyliśmy rower i pomimo bólu zaliczyłem pierwsze kółko dookoła osiedla. Tak mi się podobało, że przedłużyłem gojenie rany pewnie z dwóch tygodni do czterech miesięcy (we wrześniu jeszcze coś z rany się sączyło), ponieważ kilka razy w tygodniu musiałem zaspokoić głód jazdy. Rana zeszła wtedy na dalszy plan. I tak się właśnie zaczęła moja kariera kolarska.

 

 

- Przybliż nam szczegóły technicznej strony handbików.

- Pierwszy mój rower był aluminiowy, ważył 16,5 kilograma, ten na którym jeżdżę teraz waży poniżej 10 kilogramów. Ten pierwszy kosztował prawie 16 tysięcy. Odciążyć jeden kilogram roweru to około 10 tysięcy złotych wzwyż. Teraz mam dużo więcej nowoczesnego sprzętu, z którego korzystam, m.in. koła karbonowe (jedno kosztuje około 4 tysięcy zł). Jeżdżę pewnie na jednym z lepszych rowerów na świecie, choć wiadomo, że cały czas coś nowego pokazuje się na rynku, a firmy prześcigają się w nowinkach, aby przyciągnąć klientów. Produkuje się coraz lżejsze rowery i ta mała waga jest ważna zwłaszcza wtedy, gdy pracujemy rękami. Przykładem na to jak wielką rolę może odegrać dobry sprzęt jest różnica czasowa między mną a drugim zawodnikiem na igrzyskach w Rio - trasa była zupełnie płaska i drugi zawodnik przyjechał za mną 10 sekund później. Jeździmy na pomiarze mocy i on jechał z mocą o 40 watów mniejszą niż ja, przy tym samym sprzęcie byłoby to ponad 2 minuty różnicy. Ten przykład dobrze ilustruje jak sprzęt potrafi wspomóc w osiąganiu  dobrych wyników. Ludzi ścigających się jest naprawdę dużo, więc generuje to "wyścig zbrojeń".

 

- Uprawiasz jazdę na nartach mono-ski, lubisz ten zastrzyk adrenaliny?

- W ubiegłym sezonie byłem tylko raz na nartach, bo w głowie miałem głównie igrzyska, a w tym roku poprawiłem się, bo pewnie uzbierałoby się ze dwanaście dni na nartach. W moim narciarstwie po wypadku wiele się pozmieniało, teraz mam zupełnie inne priorytety. Dawniej ponosiła mnie fantazja i nie miałem żadnych barier, w tej chwili pojawia się już lampka ostrzegawcza, że trzeba uważać na ręce, więc robię to z większym dystansem i jeżdżę bardziej rekreacyjnie dla przyjemności. Nie wyciskam już tyle adrenaliny z tego sportu jak dawniej (choć oczywiście zależy to od stoku), narty są teraz odskocznią od roweru.

 

 

- Twój sposób na pojawiający się podczas startów ból?

- Czasem trzeba po prostu wyłączyć głowę, ponieważ ten kto przetrwa najtrudniejsze momenty i wytrzyma ból, jaki towarzyszy finiszom, ten odnosi sukcesy. Lubię ze sobą rozmawiać podczas jazdy na czas, całą drogę potrafię mówić do siebie. Muszę kiedyś chyba zabrać dyktafon i nagrać siebie podczas jazdy, żeby dowiedzieć się jak dokładnie wygląda ten mój dialog ze sobą. Mówię np.: Teraz jeszcze nie odpoczywaj, bo masz zakręt za kilometr,  wtedy dopiero odpoczniesz. Sam sobie podpowiadam, co powinienem zrobić, najwyraźniej czasem potrzebna jest konsultacja z mistrzem.(śmiech)

 

- Treningi, zawody, jeszcze raz treningi, spotkania, wykłady i jeszcze więcej treningów, zdecydowanie jesteś urodzonym sportowcem, ale co robisz, by odpocząć, gdy masz chwilę wolnego czasu?

- Mam swój rytuał, po treningu kładę się do łóżka na regeneracyjną drzemkę. Jakoś muszę sobie ten napięty grafik układać, zwłaszcza, gdy czasem dochodzi dużo dodatkowych obowiązków. Najbardziej nie lubię przekładać treningów. Latem zawsze zaczynam trening o dziesiątej, a wiosną i jesienią przy gorszej pogodzie bywa, że muszę czekać często aż nawierzchnia przeschnie. Zimą jest trenażer, ale gdy tylko warunki robią się lepsze zamieniam go na jazdę w terenie. Trenażer jest dla mnie stanowczo za monotonny, kręci się i kręci, a widoków brak.

 

- Kolejny (w dosłownym tego słowa znaczeniu) krok w Twoim życiu związany jest z  egzoszkieletem, filmik z FB zrobił furorę. Opowiedz nam czy potrzebne jest do założenia egzoszkieletu jakieś specjalne przygotowanie?

- Zupełnie nie. Założyłem na nogi, wstałem i poszedłem. W Centrum Rehabilitacji w Tajęcinie koło Rzeszowa miała się odbyć prezentacja egzoszkieletu, potrzebna była osoba, która nigdy wcześniej od urazu nie stawała na nogi i nie chodziła, więc poproszono mnie o przetestowanie egzoszkieletu Indego. Klinika przymierza się do zakupu takiego sprzętu, stąd testy i prezentacja.

 

(fot. kadr z z youtube.com)

 

- Pamiętasz wrażenia jakie Ci towarzyszyły?

- Dopiero, gdy wróciłem do domu i odtworzyłem filmik z moich pierwszych kroków, to napięcie, które się wtedy zgromadziło powoli puściło. Kiedy zobaczyłem siebie w pionie, po raz pierwszy od tylu lat, wzruszyłem się. Piękne doznanie. Oczywiście mój chód nie wyglądał  jak wtedy, gdy byłem całkowicie sprawny, ale jest to ogromne przeżycie.  Nagle cały świat  wygląda inaczej! Choć to tylko trzydzieści centymetrów wyżej, horyzont spojrzenia jest zupełnie inny. Mogę to porównać do trasy, którą przejeżdżam na rowerze, a potem samochodem i często zastanawiam się wtedy: Czy to ta sama trasa? Przecież w tym miejscu tego lub tego nie było. Wielu rzeczy nie widać z poziomu roweru, podobnie jest na wózku, więc dzięki egzoszkieletowi horyzonty się poszerzają.

 

- Czy osoba podtrzymująca Cię z tyłu jest tylko dodatkową asekuracją, czy bez niej też mógłbyś się poruszać w egzoszkielecie?

- Tak, mógłbym, asekuracja była ze względu na pierwszy raz, ale jeszcze chwila i pewnie o kulach sam mógłbym pójść.

 

- Czy założenie egzoszkieltu jest trudne?

- Zupełnie nie, kilka minut, cztery rzepy na nogach, pas z baterią i ogień! Świetne i łatwe w obsłudze urządzenie. Wcześniejsze egzoszkielety ważyły ok. 40 kilogramów, ten waży tylko 14.

 

- Na jakim odcinku kręgosłupa masz uszkodzenie, czy każda osoba z urazem kręgosłupa może spróbować tej terapii?

- Mam uszkodzenie na odcinku L1 i L2, więc bardzo nisko uszkodzony kręgosłup lędźwiowy, a zatem stabilizację mam dobrą. Ponieważ są różne rodzaje egzoszkieletów, więc podejrzewam, że większość urazów można poddawać takiej terapii.

 

- Chciałbyś poddać się egzorehabilitacji?

- Oczywiście, człowiek jest stworzony do pozycji pionowej, dla mnie wózek nie jest żadnym wstydem, więc w egzoszkielecie też bym mógł śmigać po mieście, ale nie jest to tani sprzęt. Kosztuje 98 tysięcy euro. Liczymy na jakąś cenę promocyjną u producenta i zrodził się pomysł zbiórki funduszy dzięki akcji na siepomaga.pl.

 

- Twoja historia jest inspirująca dla wielu ludzi, myślałeś o wydaniu autobiografii?

- Książka już się pisze, nie wiem kiedy uda się ukończyć, ale jest w trakcie. Chociaż uważam, że książka w pełni nie odda tego, z czym tak naprawdę przychodzi się mierzyć. Na mnie ma większy wpływ, gdy mogę się z kimś spotkać osobiście, czegoś "dotknąć", ale ponieważ nie każdemu dane będzie mnie spotkać, stąd pomysł na książkę.

 

 

- Sezon rozpoczęty zwycięstwem w Pucharze Europy w Serbii, czy kolejne zwycięstwa smakują wciąż tak samo jak te pierwsze, czy stały się chlebem powszednim?

- Chyba nigdy mi to nie spowszedniej, ponieważ lubię wygrywać. Porażki zaś mnie motywują, żeby wyciągać z nich pozytywne wnioski. Ściganie cały czas mnie cieszy i teraz nie wyobrażam sobie życia bez treningów i rywalizacji. Lubię mieć właśnie takie poukładane życie z planem. Nie lubię okresów roztrenowania.

 

- Treningi oczywiście świątek, piątek i niedziela?

- Naturalnie. To na szczęście nie jest grzechem (śmiech), można trenować i w święta,  przecież robienie czegoś dla siebie, wszelkie formy aktywności są wskazane, poprawiają nasze samopoczucie, powodują wydzielanie endorfiny. Wtedy jesteśmy szczęśliwsi i lepsi dla innych. Na szczęście teraz jest już inaczej niż jeszcze jakieś dwadzieścia lat temu, gdy nad Wisłokiem tylko my żużlowcy biegaliśmy podczas treningu. W tej chwili na rzeszowskich Bulwarach bardzo dużo ludzi biega, jeździ na rowerach i rolkach, mało tego - coraz więcej osób staruje w maratonach i półmaratonach.

 

- Tego właśnie sobie i innym życzmy, jak najwięcej aktywności fizycznej.  Dziękuję serdecznie za rozmowę.


ifk

Komentarze Ilość komentarzy : 1

Jeśli chcesz dodać komentarz musisz się zalogować.

Avatar
matka polka dnia 2017-05-30 10:49
Bardzo interesujący reportaż, świetnie się go czyta. Oby więcej takich perełek!