Twoja lokalizacja: Cała Polska [zmień lokalizację]
Kontrast: A A A
Czcionka: A A+ A++
REPORTAŻE

Babcia z orderem

Dodano: 2016-01-21

Marię Kudasik wspomina jej wnuczka Aleksandra Sadowicz

 

           Nie jest łatwo napisać wspomnienie o kimś, kto był nam bardzo bliski. Ja w każdym razie mam z tym problem. Nie potrafię nie wykroczyć choć odrobinę poza granice poprawnego życiorysu „Marii Kudasik – nauczycielki“, poza zbiór ciekawych, acz suchych faktów przeznaczonych dla oczu i uszu każdego czytelnika. Pisząc, nie dam rady zapomnieć, że osoba, o której piszę była przede wszystkim ukochaną babcią - z którą można było się położyć pod jedną kołdrą, która zawsze miała w kredensie delicje i landrynki, która zgrabiałą ręką stuletniej staruszki czule gładziła po policzku. Tu z kolei pojawia się dylemat - czy na pewno powinnam się dzielić z czytelnikami tak prywatnymi wspomnieniami? Czy nie przekraczam jakiejś granicy, która nie powinna być przekroczona?

            Nie jest też łatwo pisać wspomnienie o kimś, kogo życiorys obejmuje de facto aż trzy różne wieki, różne epoki, co najmniej kilka różnych ustrojów politycznych i wiele przemian społeczno-obyczajowych. Babcia urodziła się co prawda w 1910 roku (dokładnie 10 listopada), a więc już w XX wieku, jednak jeśli przyjąć zgodnie z teorią wielu naukowców, że granice wieków wyznaczane są przez przełomowe wydarzenia historyczne, a nie przez rytm kalendarza, 8 lat swojego życia, czyli całe wczesne dzieciństwo przeżyła w wieku XIX. A ponieważ na prowincji zmiany następowały znacznie wolniej niż w dużych miastach, ten XIX wiek „trwał“ de facto jeszcze dłużej i rzutował na życie babci, jej codzienność, na kształtowanie się osobowości młodej dziewczyny z aspiracjami wykraczającymi daleko poza rodzinne Zubsuche.

            Młodość i dojrzałe życie przypadły na burzliwy wiek XX, z II wojną światową, okupacją, komunizmem, wreszcie – z odradzającą się, całkiem wolną już Polską. Sam schyłek życia to już 'nasz' wiek XXI, usilne próby zrozumienia sposobu działania Internetu, czy fenomenu telefonii komórkowej.

            Jak niesamowita jest ta rozpiętość jednego życiorysu w czasie, ta przepaść pomiędzy okresem, kiedy piesza wędrówka ze Suchego do szkoły w Zakopanem była koniecznością i normą dla tych nielicznych, którzy pragnęli się uczyć, a epoką, w której w większości wsi 'tuż za rogiem' mieszczą się piękne, nowoczesne, dofinansowane z Unii Europejskiej szkoły podstawowe z imponującymi, nowoczesnymi salami gimnastycznymi, obowiązek szkolny obowiązuje każdego pięciolatka, a do gimnazjum, czy szkoły średniej rodzice odwożą własnym samochodem.

             Życiorys mojej babci jest wyjątkowo pojemny i urozmaicony już z samej racji ogromu przemian jakie się dokonywały. A przecież wszystkie te wydarzenia nie stanowiły wyłącznie barwnego tła, ale bezpośrednio splatały się z samym życiem zwykłych ludzi, trwały z nim w nierozerwalnym związku. Zapoznawanie się z dziejami życia mojej babci jest jak zanurzanie się w innym, z dzisiejszej perspektywy – absolutnie niezwykłym, wręcz nierealnym świecie. Zapraszam w tę niesamowitą podróż.

            Moja babcia, Maria Kudasik z domu Polak, urodziła się na terenie dzisiejszego Suchego – wsi leżącej na zachód od Poronina, w południowej części Pogórza Spisko-Gubałowskiego, w dolinie Suchego Potoku (lewy dopływ Białego Dunajca). W ówczesnym czasie miejscowość ta nosiła nazwę Zubsuche i łączyła w sobie dwie odrębne dziś wioski – Ząb i Suche. Na starych domach (np. na szczycie Gubałówki) wciąż można spotkać tabliczki z dawną, nieobowiązującą od 1965 roku nazwą.

            Babcia urodziła się w tradycyjnej, góralskiej rodzinie, jako jedno z siedmiorga dzieci Józefa i Marianny Polak, z domu Palider. W XIX wieku nie nadawano jeszcze dziewczynkom imienia Maria, ale z szacunku dla Matki Boskiej modyfikowano je nieco, stąd imię mojej prababci: Marianna. Babcia rozpoczęła edukację w szkole podstawowej w 1916 roku, a więc zanim jeszcze nasz kraj odzyskał niepodległość. Lekcje w szkole rozpoczynano śpiewaniem hymnu „Boże, chroń cesarza i nasz kraj“, przeprowadzane one były w języku ojczystym z powodu nieznajomości języka niemieckiego wśród nauczycieli, jednak w większych miastach zaboru austriackiego obowiązkiem było nauczanie wyłącznie w języku niemieckim. Do szkoły chodziła z tabliczką, nie było zadań domowych ani żadnych pomocy naukowych, choćby w postaci książek.

           Szkoła podstawowa w Zubsuchem, do której uczęszczała babcia była placówką czteroklasową, program klasy piątej trzeba było przerobić indywidualnie w domu, chcąc kontynuować naukę w siedmioklasowej szkole powszechnej w Zakopanem. Żeby dostać się do szkoły w Zakopanem, trzeba było iść pieszo 2 km do Poronina, tam złapać pociąg, a ze stacji w Zakopanem iść jeszcze ok. 1 km. Można było też całą drogę przejść pieszo przez tzw.  Łosiówki, co babcia wraz z koleżankami niejednokrotnie uskuteczniały.

­­­­            Mimo trudności w dotarciu do szkoły i licznych obowiązków domowych, z jakimi wiązało się mieszkanie na wsi, gdzie w tamtych czasach standardem była pomoc rodzicom w prowadzeniu gospodarstwa, babcia skończyła szkołę powszechną i postanowiła kształcić się dalej w Seminarium Nauczycielskim w Nowym Targu. W ówczesnym czasie bardzo niewiele dzieci z rodzin chłopskich kontynuowało naukę, głównie z powodów finansowych – edukacja wiązała się ze sporymi kosztami, zbyt dużymi na budżet przeciętnej chłopskiej rodziny. Babcia jako jedyna w rodzinie i jedna z trzech panien w okolicy realizowała swoje marzenie o zdobyciu „wyższego“ wykształcenia. Była tak zdeterminowana, żeby wyuczyć się na „Panią“, że „groziła“ swojej mamie, że utopi się, jeśli nie pozwolą jej na dalszą edukację.

           Na szczęście rodzice pozytywnie ustosunkowali się do jej prośby i 1 września 1925 roku babcia rozpoczęła naukę w Prywatnym Miejskim Seminarium Nauczycielskim im. Marii Konopnickiej w Nowym Targu. W tamtych czasach odległość między „miastem“ a Zubsuchem była zbyt duża, żeby możliwe i opłacalne były codzienne dojazdy do szkoły, dlatego babcia zamieszkała na stancji przy ul. Ogrodowej u pani Bakowskiej. Razem z nią mieszkały tam dwie inne dziewczyny. Czesne wynosiło 15 zł miesięcznie, ponadto rodzice mieli obowiązek przywozić podstawowe artykuły żywnościowe takie jak mleko, masło, jajka czy ziemniaki. Gospodyni wynajmująca stancję była zobowiązana do ugotowania panienkom obiadu, kawy/herbaty na śniadanie i kolację. Dziewczęta same kupowały sobie chleb i cukier. Bochenek chleba przypadał mniej więcej na tydzień – babcia opowiadała, jak ołówkiem znaczyła sobie dzienne racje. Wynajmowanie stancji odbywało się kosztem całej rodziny - wtedy normą była sytuacja, w której wszyscy mieszkali w ciasnej kuchni po to, by wynająć pokój studentkom w celach zarobkowych.

 

Uczennice Seminarium Nauczycielskiego 1928 rok, Maria Polak - pierwsza z prawej.

 

           Jako uczennica seminarium, babcia miała okazję zażywać życia kulturalnego – bywała w „Sokole“, gdzie odbywały się projekcje filmów, należała do chóru, miała okazję obejrzeć na żywo spektakl z wybitnym aktorem scen polskich, Juliuszem Osterwą w roli głównej (był to dramat „Uciekła mi przepióreczka“ wg Stefana Żeromskiego). W swoich studenckich czasach należała do Sodalicji Mariańskiej – organizacji wychowującej panny w duchu adoracji Najświętszej Marii Panny, biorąc Ją za wzór.

           4 czerwca 1930 roku, po zdaniu egzaminu dyplomowego, babcia moja – Maria Polakówna – uzyskała uprawnienia do nauczania w publicznych i prywatnych szkołach powszechnych. Drogę zawodową rozpoczęła w rodzinnym Zubsuchem jako nauczycielka kontraktowa, mając zaledwie 20 lat. Nie zagrzała długo miejsca w tamtejszej szkole, spędzając tam jedynie 2 miesiące. Kolejnym przystankiem była szkoła w Trybszu na Spiszu, gdzie pracowała do 30 czerwca 1931 roku. Dwa pierwsze miesiące 1932 roku spędziła jako nauczycielka kontraktowa w spiskiej Czarnej Górze, w tym samym roku zaliczyła też pracę we wsi Międzyczerwienne, a w październiku 1932 roku przyszło jej odnaleźć się po raz pierwszy w nowej roli - kierowniczki małej, jednoklasowej szkoły w Podszklu na Orawie. Była to pierwsza płatna posada, jaką otrzymała – w poprzednich placówkach pracowała za darmo, na zastępstwie, po to, żeby – jak mówiła - „zahaczyć się“. Bez trudu mogłaby po studiach dostać pracę na Kresach, ale wiązało się to z opuszczeniem rodzinnych stron, poza tym tamte obszary uchodziły za niepewne, wręcz niebezpieczne.

           Do szkoły uczęszczało ok. 100 dzieci niektóre z nich musiały pokonać nawet 5 km, aby dotrzeć do szkoły, mimo to frekwencja była dobra, a dzieci chętnie brały udział w zajęciach. Nauka prowadzona była w systemie zmianowym (klasy III i IV miały lekcje rano, a I i II po południu) i łączonym, co możliwe było dzięki tzw. cichej i głośnej pracy (jedna z klas wykonywała pracę cichą, a druga głośną, a po 20 minutach następowała zmiana).

          Warto pamiętać, że w tamtych czasach i warunkach, nauczyciel miał nieco inny status niż obecnie, a jego prestiż mógł się równać jedynie temu, jaki posiadał proboszcz – w Podszklu funkcję tę pełnił węgierski ksiądz Urway, gdyż wioska mimo zmian geopolitycznych, wciąż należała do jednego z dekanatów ustanowionych w czasach zaborów. Odmienna była również wielość funkcji, jakie nauczyciel pełnił – z braku dostępu do kultury w jakiejkolwiek postaci to właśnie na nauczycielu spoczywała poniekąd odpowiedzialność za krzewienie jej we wsi, w której przyszło mu uczyć. Organizacja przedstawień teatralnych, inscenizacje różnych utworów, wierszy, czy piosenek z okazji świąt religijnych i państwowych– to wydarzenia, którymi żyła cała wieś i w które włączone były żywo nie tylko dzieci. Dziś trudno sobie to wyobrazić, ale wtedy – przed erą telewizji i łatwej komunikacji pomiędzy górskimi miejscowościami – była to rzeczywiście jedyna forma kultury, z jaką mieszkańcy mieli do czynienia. Odległe, zamierzchłe to czasy, kiedy nawet na najbliższą pocztę dystans wynosił parę kilometrów i jeden mieszkaniec Podszkla jeździł trzy razy w tygodniu, by odebrać listy dla wszystkich ze wsi. W jednym z takich listów (w zwykłym, nie poleconym) babcia otrzymała złoty pierścionek zaręczynowy.

 

Pierwsza stała posada w Szkole Podstawowej w Podszklu, 1934 rok. 

 

           Podczas czterech lat spędzonych w Podszklu, babcia stale podnosiła kwalifikacje, uczęszczając na kursy, spotkania metodyczne i narady związane ze szkolnictwem, a 27 maja 1936 roku złożyła egzamin praktyczny uzyskując świadectwo nauczyciela publicznych szkół powszechnych (popularnie nazywało się to wtedy „kwalifiką“). Podszklańskie lata były jednak dla babci owoce również jeśli chodzi o życie osobiste – przysłany pocztą pierścionek przyjęła i 26 grudnia 1934 roku wyszła za mąż za mojego dziadka, nowotarżanina Jana Kudasika, z kolei rok później urodziła pierwszego syna.

           Babcia przeniosła się do Pułtuska, żeby być blisko swojego męża, który otrzymał tam posadę (babcia zawsze tym starodawnym zwrotem określała fakt dostania pracy). W tym celu przeszła w tzw. „stan pozasłużbowy“, który był po prostu bezpłatnym urlopem na 5 lat. Babcia starała się co prawda u władz szkolnych o przeniesienie do Pułtuska, tj. podjęcie tam nauczycielskiej pracy, jednak nie uzyskała aprobaty i pozytywnej odpowiedzi na swoje pismo.            

           W 1935 roku wciąż jeszcze pracowała w Podszklu, dokąd musiała wrócić sama z niespełna miesięcznym synkiem odbywając niezwykle trudną, wielogodzinną podróż kilkoma środkami transportu (autobus z Pułtuska do Warszawy, pociąg do Nowego Targu, furmanka z miasta do Podszkla). Autobus z Pułtuska do Warszawy kosztował 5 zł, była to komfortowa i szybka podróż do stolicy. Mniej zamożne osoby musiały pokonywać tę trasę furmanką za 1 zł, a więc 1/5 ceny biletu na autobus. Biorąc pod uwagę fakt, że była to późnojesienna pora (koniec listopada) oraz – nie zapominajmy – była to podróż odbywana z noworodkiem, cała wyprawa z dzisiejszej perspektywy robi wrażenie. Powrót na Orawę był jednak nieunikniony – babci skończył się urlop macierzyński, nieco przedwcześnie, na co wpływ miało prawdopodobnie złe obliczenie terminu porodu przez lekarza.

            Rodzina Kudasików w czteroosobowym już składzie wróciła na południe Polski w 1938 roku, jednak nie była to już Orawa, ani Podhale, a Nowy Sącz, dokąd dziadek został przeniesiony dzięki pisemnej interwencji z prośbą o zmianę pracy na miejsce „bliżej rodzinnych stron“. To właśnie w przyszłej stolicy województwa zastał ich wybuch II wojny światowej. Dziadek już 2 tygodnie przed 1 września został powołany do wojska, walczył pod Grybowem jako dowódca mniej więcej stuosobowego oddziału żołnierzy, a w czasie wycofywania się wojsk na wschód dostał się po raz pierwszy do niewoli niemieckiej. Przetrzymywany był w Tarnowie-Mościcach, skąd po kilku dniach udało mu się uciec do domu w Nowym Sączu. Ucieczka nie była zbyt ‚trudna – więzienie było źle strzeżone, wciąż jeszcze panował bałagan, gdyż okupant dopiero zadomawiał się w naszym kraju.

           Rzecz jasna, z powodu ucieczki całej rodzinie groziło ogromne niebezpieczeństwo, dlatego wszyscy razem natychmiast opuścili Nowy Sącz i pojechali do Suchego, do rodzinnego domu babci. Wcześniej babcia z dwójką małych dzieci również dołączyły do wielkiego pochodu ludności uciekającej na wschód, nie zdającej sobie wówczas sprawy z tego, że za kilkanaście dni wróg uderzy również od wschodu, a Polska znajdzie się w pułapce i osaczeniu. Podczas ucieczki na wschód, grupę osób, w której uciekała babcia dogonił front niemiecki.

            Prawie trzy lata okupacji spędziła babcia w Białce Tatrzańskiej, gdzie w 1940 roku podjęła nauczycielską posadę. Był to niezmiernie trudny czas – biedy i strachu o to, co będzie jutro, szczególnie, że dziadek nie miał wówczas stałej pracy. Jednak najtragiczniejsze momenty związane z wojną miały dla rodziny babci dopiero nadejść wraz z przeprowadzką do Dębna. Dziadek został zatrudniony do pracy w młynie w Waksmundzie, gdzie mielono zboże na mąkę i kaszę dla wojsk niemieckich i babcia przeniosła się do pracy w Dębnie właśnie dlatego, że ta wieś leżała bliżej miejsca pracy męża. Otrzymanie pracy uchroniło dziadka przed zesłaniem na przymusowe roboty do Niemiec. Praca w młynie była właściwie równoznaczna z niesieniem pomocy partyzantom przebywającym w Gorcach, czym ryzykowano zarówno życie swoje, jak i całej rodziny, czy nawet wsi. Niemcy ostro reagowali na pomoc partyzantom, dziadek niestety został aresztowany wraz z innymi mieszkańcami wioski, a babcia przez pięć tygodni nie znała jego losu, nie wiedziała czy jeszcze żyje ani gdzie przebywa. Jednocześnie stale musiała uczyć w szkole i zajmować się trójką już wówczas dzieci. Jedna z uczennic babci z tamtego okresu, jedenastoletnia wówczas Maria Myśliwiec, choć – jak sama przyznaje – wielu rzeczy z wojennego dzieciństwa już nie pamięta, to jednak bardzo dobrze kojarzy właśnie ten moment, kiedy został aresztowany mąż babci - rozpacz i niepewność nauczycielki, jak również wszechobecny strach.

            Babcia dopiero po pięciu tygodniach dowiedziała się, że dziadek żyje i przebywa w obozie koncentracyjnym w Krakowie-Płaszowie, pracując przy budowie drogi w Krakowie-Bonarce. Nie zważając na niewątpliwe niebezpieczeństwo, babcia zapewniła dzieciom opiekę i w poniedziałek, kiedy w szkole przebywał ksiądz uczący dzieci religii, udała się odwiedzić męża w obozie. Do Nowego Targu dojechała na rowerze dzień wcześniej, nocowała u swojej teściowej, a rano z nowotarskiej stacji PKP miała bezpośredni pociąg do Krakowa. Szczęśliwie udało jej się zobaczyć z mężem i zostawić mu trochę pieniędzy na jedzenie, które można było dokupić w obozie, gdzie funkcjonował wewnętrzny system wymiany różnych dóbr. Aby „załatwić“ sobie przerwę w pracy, więźniowie musieli przekupywać pilnujących ich więźniów właśnie wódką albo słoniną. Babcia podróżowała do Krakowa-Płaszowa jeszcze wielokrotnie, niemal co tydzień dowożąc dziadkowi jedzenie i pieniądze. Dzieci (w tym półrocznego synka) zostawiała w tym czasie pod opieką niani. Dziadek miał szczęście w nieszczęściu – babci udał się zorganizować dla niego obiady u rodziny mieszkającej w domu, który grupy więźniów mijały codziennie idąc do pracy przy budowie drogi. Więźniów pilnowali również Ślązacy, których dawało się jakoś obłaskawić i dziadek miał „zorganizowaną“ raz na jakiś czas przerwę obiadową.

           Podczas ewakuacji obozu do Niemiec, udało mu się (po raz drugi!) uciec i wrócić do domu. To on zaplanował ucieczkę z pociągu nieopodal Jaworzna-Szczakowej, gdzie fragment trasy biegł pod górkę i pociąg jechał nieco wolniej. Przewożeni więźniowie wycięli otwór w podłodze wagonu i niemal całej grupie udało się zbiec, mimo że niemal od razu zaczęto do nich strzelać. Jednym z najstraszniejszych wspomnień dziadka z obozu był pobyt w karcerze - musiał podwiesić się na pasku, żeby jakoś przetrwać dobę w wisząco-siedzącej pozycji. Inaczej musiałby cały czas stać, na co nie miał siły – bez jedzenia, picia, po całym dniu harówki.

            Można jednak powiedzieć, że generalnie dziadek miał wiele szczęścia. Co najmniej kilka jego spotkań/wymiany zdań z Niemcami mogło skończyć się tragicznie dla niego, dziadek wiele ryzykował za wszelką cenę trzymając rezon i z dumą broniąc swojego honoru Polaka stojącego na równi z okupantem. Te historie robią dziś ogromne wrażenie jako niezwykle bohaterskie, były zresztą wielokrotnie przywoływane przez babcię. Zapytany przez jednego z Niemców w Białce Tatrzańskiej (która była wtedy miejscowością graniczną, dlatego stacjonowały tam posterunki niemieckie) dlaczego mu się nie ukłonił, potrafił odpowiedzieć „Raz pan mi się będzie kłaniał, a raz ja. Ja kłaniałem się poprzednio“ (za tę odpowiedź wisiała nad nim groźba wywózki na roboty przymusowe, którą oddaliło otrzymanie pracy w młynie). Innym razem prosto w twarz Niemca rzucił w jego języku: „Taki kulturalny naród, a popełnia tak straszliwe zbrodnie“ (podczas przesłuchania i torturowania w Waksmundzie, w budynku starej szkoły, gdzie – jak opowiadał -ściany sali przesłuchań całe zachlapane były krwią). Z całą pewnością były to odzywki, które co bardziej porywczy okupant mógłby ukrócić zwykłym strzałem w plecy, czy aresztowaniem. Szczęśliwie jednak cała rodzina przetrwała wojnę.

Z mężem Janem

            Kiedy przysłuchiwałam się babcinym opowieściom po latach, miałam wrażenie, że mimo całych okropności związanych z tym czasem, babcia wspomina go z nostalgią – wszak to właśnie na lata 30-te i 40-te przypada czas jej młodości, miłości, wczesnego macierzyństwa. Najpiękniejsze lata życia mijały i przetrwały jako takie, pomimo pacyfikacji, aresztowań, biedy, głodu, strachu.

            Z Dębnem związany jest także ten punkt zawodowej pracy babci, który po latach uznany został przez władze za najbardziej bohaterski, niezwykły – mowa o tajnym nauczaniu. W połowie września 1944 roku – a trzeba wspomnieć, że był to już czas, kiedy okupacyjna władza Niemców była już przełamana, ludzie wyczekiwali końca wojny i coraz bardziej wierzyli w zwycięstwo – w szkole w Dębnie pojawił się oddział ok. pięćdziesięciu żołnierzy niemieckich przysłanych do pilnowania leżącego nieopodal mostu na Dunajcu, pod Hubą. Istniało poważne ryzyko, że most zostanie wysadzony przez partyzantów – Niemcy zapowiedzieli mieszkańcom, że jeśli most zostanie zniszczony, cała wieś zostanie spalona, a ludność rozstrzelana. Żołnierze zamieszkali w sali klasowej, a gotowali w babcinej kuchni.

            Zajęcia  w szkole zostały przerwane, mimo to babcia nadal uczyła dzieci. Wybrała kilkoro starszych i zdolniejszych i postanowiła przygotować ich do szkoły średniej, przerabiając z nimi materiał klas V, VI i VII. Choć z dzisiejszej perspektywy czyn ten oceniany jest jako niezwykłe bohaterstwo, warte orderu od władz państwowych (babcia dostała odznaczenie od prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego), cała rzecz z punktu widzenia babci i uczniów wyglądała nieco inaczej, tak jakby nie do końca zdawali sobie sprawę z realnego niebezpieczeństwa związanego z taką formą nauki, ani z bohaterstwa tego czynu. Babcia według własnej relacji po prostu „robiła swoje“. Zdarzyło się jednak, że nauczająca babcia została zaniepokojona pewnego razu przez niemieckiego komendanta, który dociekał powodu, dla którego grupa uczniów zbiera się u babci, skoro zajęcia lekcyjne są odwołane. Babcia skłamała wówczas, że są to dzieci, które długo chorowały i muszą nadrobić zaległości, które to tłumaczenie komendant przyjął i nie interesował się więcej jej pracą. Babcia uczyła dzieci aż do czerwca, czyli do czasu egzaminów do liceum.

            27 stycznia 1945 roku to data wyzwolenia wielu miejscowości w Polsce, na Podhalu, w tym również Dębna. Babcia mieszkała tam i pracowała nadal, już nie tylko z szóstką wybranych uczniów, ale i z pozostałymi dziećmi, szkoła zaczęła bowiem funkcjonować w normalnym trybie. Pod koniec w przygotowania włączył się również dziadek, który sam miał zrobioną maturę w LO im. Seweryna Goszczyńskiego w Nowym Targu (trzeba pamiętać, że dyplom maturalny miał w tamtych czasach znacznie większą wagę i wiązał się z o wiele większym prestiżem niż obecnie, myślę że spokojnie można go porównać z  dzisiejszym dyplomem studiów magisterskich na dobrej uczelni) – pomógł dzieciom w napisaniu podań i zaprowadził na egzaminy do poszczególnych szkół. Zabawne jest, że niektóre osoby pamiętające tamte czasy przekonane były, że dziadek był kierownikiem szkoły i nauczycielem. Z całej szóstki uczniów, którzy pobierali tajne nauki, jeden chłopiec ukończył studia wyższe, dwie uczennice zostały nauczycielkami, jedna księgową. Za ich przykładem, zachęcone sukcesem podążały również inne dzieci ze wsi, choć im rzecz jasna było nieco łatwiej w powojennych już czasach.

            We wspomnieniach cytowanej już uczennicy Marii Myśliwiec (jednej z szczęśliwej szóstki) zachowała się jeszcze wycieczka w góry, dokąd moi dziadkowie zabrali dzieci już po wojnie i po egzaminach do szkół średnich – niezapomniane przeżycia związane z pierwszą wyprawą kolejką linową (na Kasprowy Wierch) i pociągiem, nocleg w stodole u brata babci, przejście na piechotę z Poronina na Furmanową, gdzie brat mieszkał, wizytę w Zakopanem. Pani Maria podkreśla też ogromną rolę, jaką odegrało zaangażowanie i wiedza babci w życiu tych młodych ludzi i procesie ich edukacji, brak było bowiem pomocy naukowych, chociażby w postaci książek. To wiedza babci i sposób, w jaki ją przekazywała były w pewnym okresie wszystkim, na czym można było bazować i z czego można było czerpać, chcąc się kształcić. To niezwykłe jak w tamtym okresie niedostatku, dzieci wspaniale potrafiły wykorzystać chęci i zaangażowanie nauczycielki. Zestawiając to z dzisiejszymi czasami dobrobytu, przesytu książek, informacji, pomocy naukowych, Internetu, kursów, kółek zainteresowań, gazetek, pozalekcyjnych zajęć, kiedy mimo to poziom edukacji wcale się nie podnosi, tamta postawa jeszcze bardziej zyskuje na wartości.

            Po wojnie w 1945 roku babcia zamieszkała z rodziną w Nowym Targu. Mimo przeprowadzki do miasta, babcia dalej obejmowała stanowisko nauczycielki w Dębnie. Pisała pisma do kuratorium z prośbą o przeniesienie do którejś ze szkół w Nowym Targu, jednak prośba została odrzucona z powodu braku miejsc. We wrześniu 1946 roku udało jej się otrzymać pracę w publicznej szkole powszechnej w Waksmundzie, gdzie pracowała do 1951 roku, kiedy to – na skutek wystosowania kolejnego pisma – udało jej się otrzymać posadę w nowoorganizowanej Szkole dla Pracujących w Nowym Targu. Babcia objęła obowiązki kierownika tejże placówki z dniem 1 lutego 1951 roku.

1950 rok

            Babcia pracowała w szkole dla pracujących przez 20 lat jako jej kierowniczka, później jeszcze szesnaście lat na pół etatu. Jeszcze ja, urodzona w 1980 roku, pamiętam swoją ponad siedemdziesięcioletnią babcię, z którą wówczas mieszkaliśmy, jak ciemnymi zimowymi popołudniami kręciła włosy lokówką, układała fryzurę wsuwkami i wychodziła z nieśmiertelną,  skórzaną torbą do pracy.

            Babcia pracowała w szkole dla pracujących w latach, kiedy miasto Nowy Targ intensywnie się zmieniało, rozwijało i rozkwitało na wielu różnych płaszczyznach. Szkoła, w której uczyła, również zmieniła swoje oblicze – z placówki dla ludzi pracujących, głównie dorosłych, przekształciła się z czasem w szkołę dla młodzieży z problemami w przystosowaniu się do funkcjonowania w „normalnej“ szkole, często kilka lat powtarzających tę samą klasę. Uczniowie szkoły dla pracujących byli zróżnicowani pod względem wiekowym i intelektualnym, często ze sporymi opóźnieniami programowymi. Ta tzw. „trudna młodzież“ pochodziła przeważnie z środowisk wiejskich, z rodzin wielodzietnych, a szkoła, której dyrektorowała babcia, była dla nich ostatnią szansą na ukończenie szkoły w ogóle. Wielu z nich było pod opieką kuratora.

            Można się tylko domyślać jak trudna była praca z tego typu młodzieżą – często arogancką, niechętną do nauki, wagarującą. W powszednim języku określano czasem szkołę skrótowo jako „tę, w której dzieci nie chcą się uczyć“ i każdy wiedział o jaką placówkę chodziło. Babcia ze wszystkich sił starała się przekonać uczniów o sensowności uczenia się, ukończenia szkoły, pomagała pokonywać trudności, traktowała to trochę jak misję. Starała się być elastyczna – stosowała indywidualizację nauczania, tzn. dostosowywała poziom wymagań do możliwości konkretnego ucznia, przygotowywała zadania adekwatne do stopnia wiedzy jaki posiadał. Opowiadała nie raz jak to głowiła się nad wymyśleniem i takim sformułowaniem pytania, żeby uczeń odpowiedział poprawnie, żeby poszło mu w miarę płynnie, żeby naprowadzić go samym pytaniem na odpowiedni trop.

            W 1970 roku na własną prośbę przeszła na emeryturę, ale jeszcze kilkanaście lat pracowała w szkole na pół etatu. Babcia znana była jako osoba, która „nie patrzyła na zegarek“, kiedy przychodziła do szkoły – umawiała się z uczniami na dodatkowe konsultacje, z uporem przekonywała o tym, że podstawowe umiejętności muszą być opanowane. Osiągnięcie celu było dla niej najistotniejsze, jej nauczycielska praca to nigdy nie było zwyczajne „od-do“, które kończyło się wraz z lekcyjnym dzwonkiem. Babcia była naprawdę głęboko zaangażowana w swoją pracę i pomoc uczniom.

            W 1981 roku babcia straciła męża, potem prawie 30 lat (bez 3 miesięcy) przeżyła jako wdowa – czerpiąc radość z rozrastającej się rodziny, z narodzin wnuków (tych doczekała się dwunastu) i prawnuków (za życia urodziło się 23 prawnucząt, a w październiku 2010 roku kolejna dwójka prawnuków i pierwszy praprawnuk byli już w drodze). W 2003 roku przeżyła mocno najstraszniejszą rzecz, jaka może przytrafić się matce - śmierć własnego dziecka, najstarszego syna, bardzo podupadając na zdrowiu po tym smutnym wydarzeniu.

            Kiedy teraz przelatują mi przez głowę wspomnienia dotyczące mojej babci, z których musiałabym wybrać coś, co mogłoby stanowić podstawę do jakichś podsumowań, powiedziałabym, że babcia była osobą, która w pewnym sensie do końca pozostawała młoda w duchu, do samego końca zachowała też swoje niesamowite, bardzo inteligentne poczucie humoru. Poprawianie lekarzy, którzy zawyżali jej wiek zgodnie z rocznikiem, bez baczenia na miesiąc w którym się urodziła (listopad), strojenie żartów w związku z niedosłyszeniem, rozbrajająca bezpośredniość w komentowaniu rzeczywistości to tylko przykłady jej dystansu do świata i do siebie. Śmierć tuż przed setnymi urodzinami, kiedy już zaplanowana była wizyta władz miasta u jubilatki oraz zabawna pomyłka w druku klepsydr (zamiast wieku 99 lat, na klepsydrach wydrukowano 77 i w takiej formie rozwieszono w mieście) to jedne z ostatnich figli, jakie spłatała, już z tamtego świata.

            To zaszczyt i niezwykły dar, że miałam okazję Ją poznać, że tak długo mogłam cieszyć się Jej obecnością – tak wiele moich znajomych straciło swoje babcie, choć były o wiele młodsze od mojej. To zaszczyt dla mnie, że miałam okazję towarzyszyć jej blisko w ostatnich latach, miesiącach życia, kiedy nie potrafiła funkcjonować już samodzielnie. Abstrahując od faktu, że byłyśmy spokrewnione, była to jedna z najwspanialszych osób, jakie udało mi się spotkać w życiu.

            Babcia zmarła 30 października 2010 roku w Nowym Targu, dokładnie 11 dni przed swoimi setnymi urodzinami. Została pochowana na nowotarskim cmentarzu u boku swojego męża.

 

 

Pełna wersja tekstu autorstwa Aleksadry Sadowicz ukazała się w Almanachu Nowotarskim Nr 18, Rok 2014, pt.: „Wspomnienie o Marii Kudasik”.

 

 

           

 

Komentarze
Jeśli chcesz dodać komentarz lub zobaczyć inne komentarze, musisz się zalogować.